Ojcowie KapucyniParafia WniebowstąpieniaParafia Matki Bożej Nieustającej PomocyParafia Św. AnnyStrona Główna
Niedzielne Msze Święte
Parafia Świętej Anny

7.30, 9.00, 10.30, 12.00, 15.00, 18.00

Parafia Matki Bożej

700, 900, 1030, 1200,
1315, 1800

Parafia Wniebowstąpienia

730, 1030, 1200, 1700

W Brzezinach - godz. 900

Wola Lisowska - godz. 900

Czytania na dziś
 
Święto Przemienienia Pańskiego - 6 sierpnia
06-08-2018 10:45 • Ks. Stanisław Rząsa

W poniedziałek, 6 sierpnia, przypada święto Przemienienia Pańskiego. Oddajemy w nim cześć Chrystusowi, który przed swoją męką pragnął umocnić swoich uczniów i ukazał im swoją chwałę na Górze Tabor. W ten sposób również i my możemy być pewni, że zostaliśmy powołani do tej samej chwały z Chrystusem.

W tym dniu przeżywamy odpust parafialny w Firleju. Suma o godz. 11.30.

Msza święta na cmentarzu parafialnym w Lubartowie o godz. 18.00

 

Święto dzisiejsze i czytania liturgiczne prowadzą nas do szczególnych widzeń, jakie stały się udziałem czy to Daniela, czy to trzech wybranych apostołów. Daniel w proroczej wizji dostrzega Boga, który przekazuje władzę Synowi Człowieczemu, a jednocześnie jest tu zapowiedź, że to panowanie będzie trwać wiecznie. Nie trzeba szczególnego wysiłku intelektualnego, by zauważyć, że Jezus chętnie stosuje do siebie określenie „Syn Człowieczy”, zwłaszcza wtedy, gdy mówi o swojej męce i zmartwychwstaniu. Dostrzeżemy więc bez trudności łączność między Starym a Nowym Testamentem, a raczej wypełnianie się zapowiedzi starotestamentalnych w Jezusie Chrystusie.
 
Ewangelia przynosi opis przemienienia Jezusa na Górze Tabor. Spróbujmy nieco poszerzyć kontekst wydarzenia. Pisze św. Łukasz Ewangelista: W jakieś osiem dni po tych mowach... Natomiast św. Marek zauważa: Po sześciu dniach… Kto z nas zadałby sobie trud, by sprawdzić, co się stało te osiem czy sześć dni wcześniej, że Ewangelista od tego liczy czas! Zapewne niejednemu z nas nawet umknęło to, że w taki sposób zapisano, bo tak przyzwyczailiśmy się do powierzchownego słuchania.
 
Tymczasem tych kilka dni wcześniej pod Cezareą Filipową Jezus pytał: Za kogo Mnie uważacie? i otrzymał od Piotra odpowiedź piękną: Ty jesteś Mesjasz! Zaraz jednak nastąpiła pierwsza zapowiedź męki, która to zapowiedź wprowadziła apostołów w wielki niepokój. Bez wątpienia musieli myśleć: „Co się z nami stanie, gdy Jego zabraknie?” Nawet Piotr wyrwał się z upomnieniem: Niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie! I otrzymał reprymendę: Zejdź mi z oczu, szatanie!
 
W tym stanie niepewności przetrzymał Jezus apostołów przez tydzień i dopiero wtedy wziął trzech z nich, by do przygnębiających ich ciemności wlać trochę światła. By pokazać, że On naprawdę jest Synem Bożym. Potrzebna była ta wizja, by nie zwątpili w najtrudniejszym momencie.
 
Spróbujmy nieco przyłożyć się do tego szczególnego spotkania oraz konsekwencji stąd wynikających.
 
 
Mojżesz i Eliasz jako świadkowie i uczestnicy przemienienia symbolizują tu wszystko, co najważniejsze w Starym Testamencie: początek zorganizowanego narodu, Prawo nadane przez Mojżesza oraz wielkie wydarzenia prorockie i cuda zdziałane przez Eliasza. Jeszcze jeden element łączy te postaci. Nikt nie wie, gdzie jest grób Mojżesza, Eliasz został wzięty do nieba w ognistym rydwanie. A jak wiemy, także i grób Jezusa pozostał pusty.
 
 
1. Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy – mówi Piotr, widząc całą tę sytuację. W innych tłumaczeniach, m.in. w Biblii Gdańskiej czy Warszawskiej, słowa te brzmią: Dobrze nam tu być! Zapewne po trudach wspinaczki na szczyt góry, chętnie zostaliby w tym blasku, w tej bliskości, w tym stanie uniesienia. Stąd chęć postawienia namiotów, by można było na dłużej, czy nawet na zawsze już w takim miejscu i w takim stanie trwać.
    Mamy i my pokusę, by powtarzać za Piotrem: „Dobrze nam tu być”. Dobrze nam tu być, bo nie lecą na nas bomby jak w jakimś Bejrucie, bo nie wysadzają samochodów na zatłoczonym targu jak w jakimś Bagdadzie czy nawet na sytym Zachodzie. Dobrze nam tu być, choć niektórzy powiadają, że w innych krajach jest lepiej. Dobrze nam tu być, bo mam swoje miejsce w tej świątyni, niech mnie nikt z niego nie wywołuje! Rozbiłem już tu swój namiot i dobrze mi tu, w tej ławce, w tym kącie, przy tych drzwiach czy też za nimi. Dobrze nam tu być, jako bierni słuchacze, niezbyt zaangażowani uczestnicy, jako ci, którzy wypełniają określone obowiązki, stosując miarę minimum.
    Nie wiem, czy uprawnione będzie to, co chcę zaproponować, ale wydaje się, że dziś modyfikujemy nieco, zmieniamy to Piotrowe stwierdzenie i mówimy: „Dobrze nam tak być!” Nam, tu obecnym w kościele, nam w znaczeniu Kościoła w Polsce, nam w znaczeniu wierzących w Chrystusa. Co by to oznaczało? Że nie za bardzo chcemy zmiany naszego postępowania, że niechętni jesteśmy jakiemuś głębszemu zaangażowaniu w poznawanie Ewangelii, działalności Jezusa Chrystusa, życia Kościoła.
    – „Dobrze mi tak być” – powie niejeden katolik. Dobrze mi z takim rozumieniem wiary i chrześcijaństwa. Pozwól, Panie, że rozbiję tu swój namiot i tak zostanę. Nie będę musiał niczego zmieniać w swoim myśleniu i w swoim działaniu, a jednocześnie będę mógł spokojnie mówić, że jestem głęboko i poprawnie wierzący.
    – „Dobrze mi tak być” – powie niejeden ojciec i matka. W moim podejściu do życia rodzinnego, małżeńskiego, rodzicielskiego. Nie zmuszaj mnie, Panie, do myślenia, do zastanawiania się nad tym, co będzie lepsze i bardziej wartościowe. Pozwól mi rozbić namiot nad tym, co już mam i co wiem, a co oferuje aż w nadmiarze prasa, radio, telewizja czy tzw. opinia społeczna.
    – „Dobrze mi tak być” – mówi młody człowiek. W moim rozumieniu dorosłości, dojrzałości. Przecież ci, którzy układają programy edukacyjne, którzy lansują konkretny model życia, na pewno nie chcą dla mnie źle. A że to trochę kłóci się z Ewangelią… No cóż, Panie, takie są teraz czasy! Pozwól mi, Panie, rozbić namiot nad moim rozumieniem szczęścia i przyjemności, jakie niesie model wyzwolonej młodości: zapalić fajkę, zajarać trawkę, wciągnąć ścieżkę, obalić browara, zrobić flaszkę!
 
    Wiem, przesadziłem, przerysowałem – nie szkodzi!
 
 
2. Ten zachwyt Piotra i pozostałych burzy obłok zasłaniający wszystko oraz głos, który odezwał się z nieba: To jest mój Syn umiłowany. Jego słuchajcie! Święty Łukasz zaznacza z naciskiem: Gdy jeszcze to mówił… Jakby sam Bóg chciał zagłuszyć tę bezsensowną gadaninę Piotra, jakby chciał od razu burzyć te jego budowlane plany. Bóg chciał, by słyszany był Jego głos i by słuchać Tego, którego On posłał, Jezusa Chrystusa, który jest Synem wybranym, umiłowanym.
    Nie uciekniemy zatem od tego pytania: czy jesteśmy posłuszni Jezusowi Chrystusowi? Łatwo o posłuszeństwo, gdy nam się wszystko pomyślnie i po myśli naszej układa. Trudniej, gdy życie rzuca kłody pod nogi, a na barki wkłada ciężar – zda się nie do uniesienia! Łatwo o posłuszeństwo, gdy mam dóbr materialnych w miarę. Trudniej, gdy ich za mało albo dla odmiany opływa się we wszelkie dostatki. Łatwo o posłuszeństwo, gdy wypełniam swoją wolę. Trudniej, gdy muszę spełniać cudze polecenia, których sensu czasem nie dostrzegam w danym momencie. A jednak z wysokości Taboru, tak samo jak z wysokości Golgoty, Bóg będzie wciąż powtarzał: Jego słuchajcie!
 
 
3. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Nieco innymi słowy ujmuje to św. Łukasz: Zachowali milczenie (…) o tym, co widzieli. Idźmy jednak za wersją Markową.
    Święty Marek Ewangelista często podkreśla tzw. „sekret mesjański”, czyli prośbę Jezusa kierowaną do uczniów, do osób uzdrowionych, by nie zdradzali za wcześnie, kim On naprawdę jest. Nawet duchom nieczystym zakazywał mówić, bo one wiedziały, kim jest Jezus.
    Trzej schodzący z góry łamali sobie głowę nad tym, co oznacza powstać z martwych. My jesteśmy w nieco lepszej sytuacji, bo wiemy dzięki świadectwu apostołów, co dokonało się w poranek wielkanocny. W swoim drugim liście pisał św. Piotr, że nie za wymyślonymi mitami postępujemy, ale mamy mocniejszą, prorocką mowę. Zachęta Piotra, byśmy przy tym trwali jak przy lampie jest bez wątpienia zachętą do wierności Bożemu słowu, do posłuszeństwa temu, czego chce nas uczyć i uczy Kościół.
    Może znowu za daleko pójdę w wyciąganiu wniosków, ale chodzi o polecenie, by rozgłaszać wielkie dzieła Boże dopiero wtedy, gdy Syn Człowieczy powstanie z martwych. Może odnosi się to do naszego serca? Może dopiero wtedy możemy mówić prawdziwie i świadczyć, gdy Jezus zmartwychwstał w nas? Jeśli tak pojmiemy to słowo, to będziemy mieć wytłumaczenie, dlaczego tak mało dziś prawdziwych głosicieli Ewangelii życiem. Mamy dostatek różnych nauczycieli, ale mało mamy świadków.
 
 
Tu po raz kolejny można nieśmiało upomnieć się i to w imię Chrystusa, byśmy na serio traktowali Jego słowa: Bierzcie i jedzcie! Tylko nakarmieni przy stole Pańskim możemy schodzić stąd, z naszego Taboru, w codzienność i głosić to, co przeżyliśmy. Jeśli jednak w nas Chrystus wciąż „nie-zmartwychwstały”, to nie mamy prawa głoszenia, musimy jeszcze czekać – bo mimo, że prorok Daniel mówi o oddaniu władzy i panowania Synowi Człowieczemu, Chrystus nie może w nas panować. Nie może panować w zamkniętym sercu chrześcijanina – katolika, który zadowolony siedzi w zbudowanym przez siebie namiocie, uważając, że jest to na pewno świątynia Boża. Nie może panować w poszczególnych rodzinach, gdzie nie ma czasu na oderwanie się od spraw tej ziemi, by powędrować na Tabor, czyli do kościoła, gdzie wciąż dokonuje się o wiele większa przemiana niż ta, która miała miejsce dwa tysiące lat temu. Nie może panować w parafii, gdy tylko jej część – bywa, że dość znikoma – karmi się systematycznie Ciałem Chrystusa, a reszta czeka wielkiego święta. Nie może panować w narodzie, który, choć ochrzczony przed ponad tysiącem lat, dziś zapatrzył się w tych, którym z Chrystusem nie bardzo po drodze, którzy chcą Go za wszelką cenę wyeliminować z konstytucji, ustaw, ze stanowionego prawa.
 
 
Musimy sobie nieustannie stawiać pytania, czego mamy słuchać. Czy tego, co wymyśli Zachód, a Polak musi polubić, czy też tego, co proponuje Chrystus, dając zresztą wolność przyjęcia. Ostrzega tylko przed konsekwencjami pójścia swoją drogą.
    Dawniej ojcowie nasi pamiętali, że „Polak to brzmi dumnie”. Czy dziś również?
    Dawniej z dumą powtarzano – „jestem chrześcijaninem”. Czy dziś również?
    Dawniej mawiano, że „bez Boga ani do proga”. Czy dziś również?
 
 
Schodząc w duchu z Taboru wraz z apostołami, rozprawiajmy o tym, co w życiu naszym najważniejsze – choć może to równie trudne do zrozumienia, jak dla Piotra, Jakuba i Jana – co to znaczy powstać z martwych. Amen.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Drukuj...
Duszpasterz w Parafii św. Józefa i Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy
w Toruniu (Toruń – Bielany)
o. Marian Krakowski CSsR

Święto dzisiejsze i czytania liturgiczne prowadzą nas do szczególnych widzeń, jakie stały się udziałem czy to Daniela, czy to trzech wybranych apostołów. Daniel w proroczej wizji dostrzega Boga, który przekazuje władzę Synowi Człowieczemu, a jednocześnie jest tu zapowiedź, że to panowanie będzie trwać wiecznie. Nie trzeba szczególnego wysiłku intelektualnego, by zauważyć, że Jezus chętnie stosuje do siebie określenie „Syn Człowieczy”, zwłaszcza wtedy, gdy mówi o swojej męce i zmartwychwstaniu. Dostrzeżemy więc bez trudności łączność między Starym a Nowym Testamentem, a raczej wypełnianie się zapowiedzi starotestamentalnych w Jezusie Chrystusie.
 
Ewangelia przynosi opis przemienienia Jezusa na Górze Tabor. Spróbujmy nieco poszerzyć kontekst wydarzenia. Pisze św. Łukasz Ewangelista: W jakieś osiem dni po tych mowach... Natomiast św. Marek zauważa: Po sześciu dniach… Kto z nas zadałby sobie trud, by sprawdzić, co się stało te osiem czy sześć dni wcześniej, że Ewangelista od tego liczy czas! Zapewne niejednemu z nas nawet umknęło to, że w taki sposób zapisano, bo tak przyzwyczailiśmy się do powierzchownego słuchania.
 
Tymczasem tych kilka dni wcześniej pod Cezareą Filipową Jezus pytał: Za kogo Mnie uważacie? i otrzymał od Piotra odpowiedź piękną: Ty jesteś Mesjasz! Zaraz jednak nastąpiła pierwsza zapowiedź męki, która to zapowiedź wprowadziła apostołów w wielki niepokój. Bez wątpienia musieli myśleć: „Co się z nami stanie, gdy Jego zabraknie?” Nawet Piotr wyrwał się z upomnieniem: Niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie! I otrzymał reprymendę: Zejdź mi z oczu, szatanie!
 
W tym stanie niepewności przetrzymał Jezus apostołów przez tydzień i dopiero wtedy wziął trzech z nich, by do przygnębiających ich ciemności wlać trochę światła. By pokazać, że On naprawdę jest Synem Bożym. Potrzebna była ta wizja, by nie zwątpili w najtrudniejszym momencie.
 
Spróbujmy nieco przyłożyć się do tego szczególnego spotkania oraz konsekwencji stąd wynikających. 
 
Mojżesz i Eliasz jako świadkowie i uczestnicy przemienienia symbolizują tu wszystko, co najważniejsze w Starym Testamencie: początek zorganizowanego narodu, Prawo nadane przez Mojżesza oraz wielkie wydarzenia prorockie i cuda zdziałane przez Eliasza. Jeszcze jeden element łączy te postaci. Nikt nie wie, gdzie jest grób Mojżesza, Eliasz został wzięty do nieba w ognistym rydwanie. A jak wiemy, także i grób Jezusa pozostał pusty.
  
1. Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy – mówi Piotr, widząc całą tę sytuację. W innych tłumaczeniach, m.in. w Biblii Gdańskiej czy Warszawskiej, słowa te brzmią: Dobrze nam tu być! Zapewne po trudach wspinaczki na szczyt góry, chętnie zostaliby w tym blasku, w tej bliskości, w tym stanie uniesienia. Stąd chęć postawienia namiotów, by można było na dłużej, czy nawet na zawsze już w takim miejscu i w takim stanie trwać.
    Mamy i my pokusę, by powtarzać za Piotrem: „Dobrze nam tu być”. Dobrze nam tu być, bo nie lecą na nas bomby jak w jakimś Bejrucie, bo nie wysadzają samochodów na zatłoczonym targu jak w jakimś Bagdadzie czy nawet na sytym Zachodzie. Dobrze nam tu być, choć niektórzy powiadają, że w innych krajach jest lepiej. Dobrze nam tu być, bo mam swoje miejsce w tej świątyni, niech mnie nikt z niego nie wywołuje! Rozbiłem już tu swój namiot i dobrze mi tu, w tej ławce, w tym kącie, przy tych drzwiach czy też za nimi. Dobrze nam tu być, jako bierni słuchacze, niezbyt zaangażowani uczestnicy, jako ci, którzy wypełniają określone obowiązki, stosując miarę minimum.
    Nie wiem, czy uprawnione będzie to, co chcę zaproponować, ale wydaje się, że dziś modyfikujemy nieco, zmieniamy to Piotrowe stwierdzenie i mówimy: „Dobrze nam tak być!” Nam, tu obecnym w kościele, nam w znaczeniu Kościoła w Polsce, nam w znaczeniu wierzących w Chrystusa. Co by to oznaczało? Że nie za bardzo chcemy zmiany naszego postępowania, że niechętni jesteśmy jakiemuś głębszemu zaangażowaniu w poznawanie Ewangelii, działalności Jezusa Chrystusa, życia Kościoła.
    – „Dobrze mi tak być” – powie niejeden katolik. Dobrze mi z takim rozumieniem wiary i chrześcijaństwa. Pozwól, Panie, że rozbiję tu swój namiot i tak zostanę. Nie będę musiał niczego zmieniać w swoim myśleniu i w swoim działaniu, a jednocześnie będę mógł spokojnie mówić, że jestem głęboko i poprawnie wierzący.
    – „Dobrze mi tak być” – powie niejeden ojciec i matka. W moim podejściu do życia rodzinnego, małżeńskiego, rodzicielskiego. Nie zmuszaj mnie, Panie, do myślenia, do zastanawiania się nad tym, co będzie lepsze i bardziej wartościowe. Pozwól mi rozbić namiot nad tym, co już mam i co wiem, a co oferuje aż w nadmiarze prasa, radio, telewizja czy tzw. opinia społeczna.
    – „Dobrze mi tak być” – mówi młody człowiek. W moim rozumieniu dorosłości, dojrzałości. Przecież ci, którzy układają programy edukacyjne, którzy lansują konkretny model życia, na pewno nie chcą dla mnie źle. A że to trochę kłóci się z Ewangelią… No cóż, Panie, takie są teraz czasy! Pozwól mi, Panie, rozbić namiot nad moim rozumieniem szczęścia i przyjemności, jakie niesie model wyzwolonej młodości: zapalić fajkę, zajarać trawkę, wciągnąć ścieżkę, obalić browara, zrobić flaszkę!
 
    Wiem, przesadziłem, przerysowałem – nie szkodzi!
 
 
2. Ten zachwyt Piotra i pozostałych burzy obłok zasłaniający wszystko oraz głos, który odezwał się z nieba: To jest mój Syn umiłowany. Jego słuchajcie! Święty Łukasz zaznacza z naciskiem: Gdy jeszcze to mówił… Jakby sam Bóg chciał zagłuszyć tę bezsensowną gadaninę Piotra, jakby chciał od razu burzyć te jego budowlane plany. Bóg chciał, by słyszany był Jego głos i by słuchać Tego, którego On posłał, Jezusa Chrystusa, który jest Synem wybranym, umiłowanym.
    Nie uciekniemy zatem od tego pytania: czy jesteśmy posłuszni Jezusowi Chrystusowi? Łatwo o posłuszeństwo, gdy nam się wszystko pomyślnie i po myśli naszej układa. Trudniej, gdy życie rzuca kłody pod nogi, a na barki wkłada ciężar – zda się nie do uniesienia! Łatwo o posłuszeństwo, gdy mam dóbr materialnych w miarę. Trudniej, gdy ich za mało albo dla odmiany opływa się we wszelkie dostatki. Łatwo o posłuszeństwo, gdy wypełniam swoją wolę. Trudniej, gdy muszę spełniać cudze polecenia, których sensu czasem nie dostrzegam w danym momencie. A jednak z wysokości Taboru, tak samo jak z wysokości Golgoty, Bóg będzie wciąż powtarzał: Jego słuchajcie! 
 
3. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Nieco innymi słowy ujmuje to św. Łukasz: Zachowali milczenie (…) o tym, co widzieli. Idźmy jednak za wersją Markową.
    Święty Marek Ewangelista często podkreśla tzw. „sekret mesjański”, czyli prośbę Jezusa kierowaną do uczniów, do osób uzdrowionych, by nie zdradzali za wcześnie, kim On naprawdę jest. Nawet duchom nieczystym zakazywał mówić, bo one wiedziały, kim jest Jezus.
    Trzej schodzący z góry łamali sobie głowę nad tym, co oznacza powstać z martwych. My jesteśmy w nieco lepszej sytuacji, bo wiemy dzięki świadectwu apostołów, co dokonało się w poranek wielkanocny. W swoim drugim liście pisał św. Piotr, że nie za wymyślonymi mitami postępujemy, ale mamy mocniejszą, prorocką mowę. Zachęta Piotra, byśmy przy tym trwali jak przy lampie jest bez wątpienia zachętą do wierności Bożemu słowu, do posłuszeństwa temu, czego chce nas uczyć i uczy Kościół.
    Może znowu za daleko pójdę w wyciąganiu wniosków, ale chodzi o polecenie, by rozgłaszać wielkie dzieła Boże dopiero wtedy, gdy Syn Człowieczy powstanie z martwych. Może odnosi się to do naszego serca? Może dopiero wtedy możemy mówić prawdziwie i świadczyć, gdy Jezus zmartwychwstał w nas? Jeśli tak pojmiemy to słowo, to będziemy mieć wytłumaczenie, dlaczego tak mało dziś prawdziwych głosicieli Ewangelii życiem. Mamy dostatek różnych nauczycieli, ale mało mamy świadków.
 
 
Tu po raz kolejny można nieśmiało upomnieć się i to w imię Chrystusa, byśmy na serio traktowali Jego słowa: Bierzcie i jedzcie! Tylko nakarmieni przy stole Pańskim możemy schodzić stąd, z naszego Taboru, w codzienność i głosić to, co przeżyliśmy. Jeśli jednak w nas Chrystus wciąż „nie-zmartwychwstały”, to nie mamy prawa głoszenia, musimy jeszcze czekać – bo mimo, że prorok Daniel mówi o oddaniu władzy i panowania Synowi Człowieczemu, Chrystus nie może w nas panować. Nie może panować w zamkniętym sercu chrześcijanina – katolika, który zadowolony siedzi w zbudowanym przez siebie namiocie, uważając, że jest to na pewno świątynia Boża. Nie może panować w poszczególnych rodzinach, gdzie nie ma czasu na oderwanie się od spraw tej ziemi, by powędrować na Tabor, czyli do kościoła, gdzie wciąż dokonuje się o wiele większa przemiana niż ta, która miała miejsce dwa tysiące lat temu. Nie może panować w parafii, gdy tylko jej część – bywa, że dość znikoma – karmi się systematycznie Ciałem Chrystusa, a reszta czeka wielkiego święta. Nie może panować w narodzie, który, choć ochrzczony przed ponad tysiącem lat, dziś zapatrzył się w tych, którym z Chrystusem nie bardzo po drodze, którzy chcą Go za wszelką cenę wyeliminować z konstytucji, ustaw, ze stanowionego prawa. 
 
Musimy sobie nieustannie stawiać pytania, czego mamy słuchać. Czy tego, co wymyśli Zachód, a Polak musi polubić, czy też tego, co proponuje Chrystus, dając zresztą wolność przyjęcia. Ostrzega tylko przed konsekwencjami pójścia swoją drogą.
    Dawniej ojcowie nasi pamiętali, że „Polak to brzmi dumnie”. Czy dziś również?
    Dawniej z dumą powtarzano – „jestem chrześcijaninem”. Czy dziś również?
    Dawniej mawiano, że „bez Boga ani do proga”. Czy dziś również?
  
Schodząc w duchu z Taboru wraz z apostołami, rozprawiajmy o tym, co w życiu naszym najważniejsze – choć może to równie trudne do zrozumienia, jak dla Piotra, Jakuba i Jana – co to znaczy powstać z martwych. Amen.
 
 
Duszpasterz w Parafii św. Józefa i Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocyw Toruniu (Toruń – Bielany)
o. Marian Krakowski CSsR

 


© 2009 www.parafia.lubartow.pl